Gen. Parylak: Rosja podejmie jeszcze wiele prób, by przesunąć „cienką czerwoną linię”
Rosja podejmie jeszcze wiele prób, by przesunąć „cienką czerwoną linię” – podkreślił w rozmowie z PAP dowódca Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego NATO gen. broni Dariusz Parylak. Zaznaczył, że o tym, czy została przekroczona granica między pokojem a wojną, zdecydują politycy.
PAP: Przesmyk suwalski to „miękkie podbrzusze Europy”? Tak mówił pan kilka miesięcy temu…
Gen. broni Dariusz Parylak, od listopada 2024 roku dowódca Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego w Szczecinie należącego do natowskich sił szybkiego reagowania: I podtrzymuję tę opinię. Przesmyk suwalski to przede wszystkim miękkie podbrzusze wschodniej flanki NATO.
PAP: Dlaczego?
D.P.: Z wielu powodów, ale skupmy się na trzech. Po pierwsze jest to miejsce krytyczne, którego zajęcie pozwala Rosji odciąć od NATO Litwę, Łotwę i Estonię i wrócić do idei Związku Radzieckiego. Ze strategicznego punktu widzenia to najprostsza i najkrótsza droga do tego celu.
Po drugie kontrola nad przesmykiem jest najlepszym sposobem na rozdzielenie NATO. Sojusz można rozdzielić metodą małych kroków – atakując Estonię, Łotwę, a potem Litwę. Zajęcie przesmyku suwalskiego znacznie przyspiesza osiągnięcie tego celu.
Po trzecie to najbardziej wrażliwy punkt z punktu widzenia możliwości prowadzenia przez NATO jakichkolwiek działań, nawet w czasie kryzysu. A to ze względu na ograniczoną możliwość utrzymania linii komunikacji. Mamy dwa korytarze transportowe: kolejowy i drogowy, czyli Via Baltica. Utrzymanie przesmyku suwalskiego jest ważne nie tylko z punktu widzenia przemieszczania się wojsk, ale także ludności cywilnej (to jeden z kierunków ewakuacji mieszkańców Wilna – PAP).
PAP: Czy NATO jest dziś lepiej przygotowane do obrony przesmyku suwalskiego niż przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022?
D.P.: Zdecydowanie tak. Przez te ponad cztery lata NATO zrobiło wiele, by poprawić zdolność do obrony tego skrawka Europy.
PAP: Jaką rolę odgrywa w tym Wielonarodowy Korpus Północno-Wschodni?
D.P.: Nie o wszystkim mogę swobodnie rozmawiać. Zacznę więc od tego, że jeszcze 2-3 lata temu mój korpus odpowiadał za obronę czterech krajów: Estonii, Łotwy, Litwy i fragmentu Polski. W czerwcu dowództwo nad sojuszniczymi siłami lądowymi na Łotwie i w Estonii przekazano Korpusowi Niemiecko-Holenderskiemu. Nasz obszar został zawężony i dzięki temu będziemy skuteczniejsi, jeśli przyjdzie go bronić.
Do połowy tego roku Wielonarodowy Korpus Północno-Wschodni pilnował 1500 km granicy z Rosją i Białorusią. Dzisiaj zajmują się tym dwa korpusy. To wszystko pokazuje, że w NATO podchodzi do tematu obrony przesmyku suwalskiego bardzo serio. Co więcej, Sojusz przeszedł od słów do czynów. Pamiętajmy, że mamy za sobą pięć lat ćwiczeń.
Po szczycie NATO w Madrycie w 2022 r. państwa sojuszu zgodziły się, że ten fragment Europy musi być chroniony przez aktywnie rozmieszczone w regionie jednostki czasu „P” (czasu pokoju – PAP). Od tego czasu nasze siły się zwiększyły, ale nie po to, by prowokować Rosję, ale by zademonstrować determinację i gotowość do obrony.
PAP: Rozumiem, że to element odstraszania?
D.P.: Zgadza się, mówimy o działaniu odstraszającym. Chodzi o to, by uzmysłowić Rosjanom, że jakakolwiek próba przekroczenia granicy NATO w tym rejonie spotkałaby się ze zdecydowaną odpowiedzią. Słowem - byłoby to dla nich zupełnie nieopłacalne.
PAP: Jakimi siłami dysponuje pan jako dowódca Korpusu?
D.P.: Takimi, jakimi dysponowałem, sprawując kontrolę nad czterema krajami, a może nawet większymi, tyle że rejon odpowiedzialności mam dwukrotnie mniejszy. Z matematycznego punktu widzenia jestem więc dwukrotnie silniejszy niż np. dwa lata temu.
PAP: Mówimy o dziesiątkach tysięcy żołnierzy?
D.P.: W czasie „P” mam do dyspozycji 40-50 tys. żołnierzy, czyli trzy dywizje. Pamiętajmy jednak, że nie wszystkie są rozmieszczone w tzw. teatrze działań. W czasie „W” (wojny – PAP) żołnierzy może być tu nawet trzy razy więcej. Oczywiście dokładna liczba zależy od rozwoju sytuacji.
Dziennikarze oczekują od nas, dowódców, że podamy wszystkie szczegóły - daty, liczby, kierunki, ale to nie jest przecież możliwe. Proszę mi jednak wierzyć, mamy siły adekwatne do tego, by utrzymać wymagany poziom odstraszania. Dopóki Rosjanie prowadzą wojnę w Ukrainie, nie ma potrzeby ich zwiększania. Musimy bowiem zachować odpowiednią równowagę. Jeśli jednak Rosjanie podejmą w tym regionie jakieś niepokojące działania, nasze siły zostaną zwiększone.
PAP: Rozumiem, że o tym, że Rosja szykuje coś większego, będziemy wiedzieli znacznie wcześniej?
D.P.: Dokładnie i wtedy będziemy odpowiednio reagować. Dziś na Litwie mamy rozmieszczoną niemiecką 45. Brygadę Pancerną. Jeśli uznam, że to sytuacja bezpieczeństwa pogorszyła się, będę wnioskował o jej wzmocnienie poprzez np. intensyfikację szkoleń. Pamiętajmy bowiem, że wciąż operujemy w czasie „P”. Nie chcemy eskalować działań. Skupiamy się na prewencji.
PAP: Ale Rosja eskaluje wojnę hybrydową, głównie na wschodniej flance NATO. Które z działań Rosjan budzą pana największy niepokój?
D.P.: Rosja dopuszcza się szeregu prowokacji i nie wszystkie są zauważone przez opinię publiczną. Media rozpisują się o aktach sabotażu, przekroczeniach granicy przez bezpilotowce, pociskach rakietowych. Incydenty te rozpatrywane pojedynczo nie budzą większego niepokoju, ale jeśli potraktuje się je jako całość, wygląda to znacznie gorzej.
Rosja próbuje przetestować NATO. Chce sprawdzić, jak dalece może przekroczyć umowną „czerwoną linię”, czyli przesunąć granicę czasu pokoju w stronę konfliktu, zachowując pozory, że działa poniżej progu wojny. Kreml traktuje wszystkie te incydenty jako swoisty papierek lakmusowy gotowości NATO do reakcji. Chodzi o przetestowanie szybkości reakcji, sojuszniczych procedur itp.
Myślę, że te rosyjskie działania na progu pokoju i wojny będą się nasilały. To oczywiście spekulacja, ale oparta na bacznej obserwacji tego, co robi Rosja. Jeszcze rok temu nie rozprawialiśmy publicznie o rosyjskich aktach sabotażu, a nawet jak wydarzyło się coś podejrzanego, zastanawialiśmy się, czy nie jest to czasem zbieg nieszczęśliwych wypadków. Dziś jest dokładnie odwrotnie, najpierw próbujemy określić, czy stała za tym Rosja, a dopiero potem badamy, czy był to przypadek.
PAP: Otrzymał pan jasne instrukcje w sprawie tego, które z ewentualnych działań Rosji należałoby zakwalifikować jako akt wojny? Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego tego nie precyzuje, pozostawiając swobodę do interpretacji. Rosja to wykorzystuje i nieustannie przesuwa granicę…
D.P.: Pamiętajmy, że NATO jest sojuszem państw demokratycznych. Musimy przestrzegać demokratycznych zasad i procedur, w tym tych traktatowych. Co więcej, ogranicza nas coś, co nazywam „decyzyjną bezwładnością”, bo jakiekolwiek działanie wymaga konsensusu 32 państw NATO. Podjęcie decyzji w tak dużym gronie wymaga czasu. Opinii publicznej może się wydawać, że Sojusz działa dlatego powoli, ale zapewniam, że tak nie jest.
Naszym przeciwnikiem jest jeden kraj, w którym w dodatku o wszystkim decyduje w zasadzie jeden człowiek. Owszem, Rosja ma sojuszników, ale ci pomagają jej, mówiąc kolokwialnie, z tylnego siedzenia.
Wracając do pytania o to, gdzie jest ta „cienka czerwona linia”. Otóż wiemy, gdzie mniej więcej przebiega ona dzisiaj. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie będzie za 2-3 miesiące? Rosja podejmie jeszcze wiele prób, by ją przesunąć. A o tym, czy przekroczona już została umowna granica między pokojem a wojną, decydować będą politycy, a nie dowódcy tacy jak ja.
Weźmy np. przypadki wtargnięcia na terytorium NATO rosyjskich samolotów, śmigłowców czy dronów. Takie incydenty miały już miejsce. Kiedy we wrześniu 2025 roku na terytorium wleciało ok. 20 bezpilotowców, NATO uruchomiło art. 4 (Traktatu Północnoatlantyckiego - PAP), działanie było natychmiastowe.
PAP: Pytam o to, bo w środę uzbrojeni mężczyźni w maskach eskortowali grupę 20 nielegalnych migrantów z Białorusi, którzy wdarli się na terytorium Łotwy, uszkodzili zainstalowany tam sprzęt, a potem wrócili na stronę białoruską. Czy to nie było to przekroczenie „cienkiej czerwonej linii”?
D.P.: Zarówno na Łotwie, jak i w Estonii, której obroną do czerwca 2026 roku się zajmowałem, żyje dość liczna mniejszość rosyjskojęzyczna. Wydaje mi się, że incydent, o którym pan wspomniał, był próbą sprawdzenia tego, czy Rosja może liczyć na pomoc tej grupy w przypadku agresji. Oczywiście to tylko spekulacje, ale zakładam, że Rosjanie chcieli sprawdzić, jak na tego typu prowokację zareagują Łotysze i co zrobi NATO.
PAP: W przeszłości Rosja używała argumentu konieczności ochrony osób mówiących po rosyjsku jako uzasadnienia agresji…
D.P.: Dokładnie, a w dodatku np. Narwa (miasto w Estonii - PAP) leży tuż przy granicy z Rosją, od potencjalnego agresora dzieli ją rzeka, a 95 proc. mieszkańców miasta mówi po rosyjsku. W Polsce nie mamy mniejszości rosyjskojęzycznej, więc takich akcji się nie należy się spodziewać.
PAP: Skoro NATO ma swoje „miękkie podbrzusze”, to obwód królewiecki jest „piętą achillesową” Rosji. Stąd chyba wynika ta nerwowość Putina. Czy NATO ma plany na „neutralizację” Królewca w razie godziny „W”?
D.P.: Na pytanie z partykułą „czy” odpowiedzieć można tylko „tak” albo „nie”. Powiem więc tylko, że NATO ma różne plany, także dotyczące obwodu królewieckiego. Ponieważ w grę wchodzi użycie broni nuklearnej (Rosja grozi, że sięgnie po nią w przypadku blokady eksklawy – PAP), Królewiec jest poza moim obszarem działania. Jako dowódca odpowiadam bowiem tylko za gotowość do działań kinetycznych z użyciem broni kinetycznej. Stąd moja salomonowa odpowiedź.
Jeśli chodzi o użycie broni nuklearnej, swoje scenariusze ma także NATO. Są one uzależnione od tego, co zrobi Rosja. Groźby Kremla to element większej gry mającej na celu zastraszenie społeczeństw Zachodu. Chciałbym podkreślić, że żadne z działań Korpusu Północno-Wschodniego na Litwie czy w Polsce nie ma na celu sprowokowania Rosji.
Obwód królewiecki to rzeczywiście słaby punkt Rosji, ale nic z tego, co w ciągu ostatnich kilku lat robiło NATO w okolicach Królewca, nie było próbą prowokowania Rosji do niekonwencjonalnej obrony eksklawy. Żaden z przywódców krajów NATO, a ci przecież słuchają dowódców swoich armii, nie rozważa takiego scenariusza. My, wojskowi, wiemy, jakie byłby konsekwencje użycia broni atomowej, dlatego skupiamy się na konwencjonalnych działaniach odstraszających.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ sdd/ amac/
Polska, Warszawa




