Do Polski wraca bez medalu, ale wygrała bardzo wiele już samą obecnością w Mediolanie. I pokazała swojej córce, jak walczyć o sportowe marzenia
To były ogromne emocje – przyznaje Artur.
Chyba nigdy wcześniej nie czułem aż takiego stresu. Chciałem tylko, żeby Kaja już wystartowała i dojechała do mety.
Dla niego to doświadczenie było inne niż wszystkie wcześniejsze starty. Gdy sam stawał na linii, miał wpływ na to, co wydarzy się za chwilę. Mógł przekuć stres w koncentrację, wejść w swoją rutynę i pokazywać formę, którą wypracował na treningach. Tym razem mógł jedynie patrzeć. A bezsilność na trybunach, jak sam przyznaje, jest znacznie trudniejsza niż wysiłek na torze.
Kaja tuż po biegu nie wróciła do wioski olimpijskiej i na razie jeszcze nie analizowała swojego startu.
Nie obejrzałam wyścigu – mówi szczerze.
Prosto z toru wyszłam z rodziną do miasta. Poszliśmy coś zjeść i po prostu pobyć razem.
Może nie było wielkiego świętowania, bo niedosyt pozostał. Ale było coś, co pewnie jest ważniejsze od olimpijskiego medalu, czyli wspólnota z bliskimi. Przy jednym stole usiadła cała rodzina, później dołączyli inni łyżwiarze szybcy ze swoimi bliskimi. Rozmowy, wsparcie, zwykłe bycie obok siebie. W takich chwilach sport schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się człowiek.
Dopiero nad ranem do Kai Ziomek-Nogal, wspieranej przez sponsora głównego polskiego łyżwiarstwa PGE Polską Grupę Energetyzną, wróciły sportowe obrazy z niedzielnego wieczoru.
Przebudziłam się i pierwsze, co pojawiło się w głowie, to końcówka pierwszego łuku i początek drugiej prostej – opowiada.
Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłam zrobić coś lepiej.
Niewiele osób wie, jak długą drogę przeszła, by móc walczyć o medal i był tak blisko niego. Po urodzeniu córki niespełna trzy lata temu postanowiła wrócić do sportu, choć nie było to łatwe. Przez długi czas trenowała późnymi wieczorami, a w dzień, gdy Artur był w pracy, siedziała z Tosią w domu.
W tej drodze nie była sama. Artur podkreśla, że wszystkie decyzje podejmowali wspólnie – od planów treningowych po organizację życia rodzinnego.
Jako były zawodnik doskonale rozumie, ile kosztuje walka o igrzyska. Tym bardziej cieszy się, że mógł dołożyć swoją cegiełkę w przygotowaniach.Dla każdego z nas, dla Kai, dla mnie i dla Tośki, był to trudny czas, ale było warto – mówi.
Szóste miejsce na igrzyskach to wynik, który w sporcie światowym wciąż oznacza ścisłą czołówkę. A kiedy do podium brakuje dwanaście setnych sekundy, różnica jest niemal niedostrzegalna dla oka.
Szkoda, że tym razem szczęście nie było po naszej stronie, ale jesteśmy z niej ogromnie dumni – podkreśla Artur.
Duma wybrzmiewa tu mocniej niż rozczarowanie brakiem medalu. Dla tej rodziny igrzyska to nie tylko start na sportowej imprezie, a wspólna podróż, miesiące podporządkowane jednemu celowi, zabawy z Tosią tylko między treningami czy zgrupowaniami. Taka była codzienność, w której sport splótł się z normalnym życiem.
Dzięki rodzinie potrafię choć na chwilę oderwać głowę od łyżew – mówi Kaja.
Zasługuję na to, żeby teraz nie analizować wszystkiego w nieskończoność.
Kolejny dzień po starcie postanowiła wykorzystać wolne. W Mediolanie świeciło słońce, więc w planach było wreszcie spokojne wyjście do miasta i zobaczenie słynnej mediolańskiej katedry, której wcześniej nie udało się zobaczyć. Choć medal uciekł o ułamek sekundy, to w tej historii najważniejsze jest to, co stało się wcześniej. Kaja Ziomek-Nogal heroicznym wysiłkiem – nie tylko swoim – wróciła do sportu na najwyższym poziomie i zajęła swoje najwyższe miejsce na igrzyskach olimpijskich. Na razie nie deklaruje, czy będzie trenować i rywalizować do kolejnych igrzysk, ale fakt, że jej córka mogłaby przeżyć start mamy już bardziej świadomie, może być dla niej motywujący.




