Kierwiński: staramy się uruchamiać syreny alarmowe tylko wtedy, kiedy zagrożenie jest realne
Mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia otrzymują tak wiele alertów o zagrożeniu, że kolejne powszednieją i mogą osłabić czujność. Na antenie TVN24 szef MSWiA był pytany o zasadność tak częstego ostrzegania.
- Staramy się to robić o tyle delikatnie, żeby nie wzbudzać tych syren alarmowych wtedy, kiedy ryzyko jest potencjalne, a nie realne — zapewnił Kierwiński.
Jak wyjaśnił, dzisiaj mamy zupełnie inną sytuację niż jeszcze dwa tygodnie temu — zarówno jeżeli chodzi o kierunki ataków powietrznych, jak i to, co dzieje się w pobliżu granicy Polski. Obecnie celem są polsko-ukraińskie przejścia graniczne.
Minister dodał, że wyzwaniem są też nowe drony odrzutowe, które osiągają prędkość rzędu 700-800 km/h, co skraca czas reakcji obrony przeciwlotniczej.
- Pomiędzy punktem uderzenia w stację paliw a polską granicą czy domami po stronie polskiej granicy, to jest ile? 10 sekund różnicy — zauważył, zaznaczając, że wymusza to częste ostrzeganie mieszkańców regionów graniczących z Ukrainą.
Jak mówił, nie ma idealnych systemów ostrzegania, a podobne spostrzeżenia mają Ukraińcy.
- Rozmawiałem z naszymi ukraińskimi przyjaciółmi, z ludźmi, którzy zajmują się systemem ostrzegania na Ukrainie. [...] Jak rozpoczynała się wojna na Ukrainie, to oni budowali tę swoją aplikację, zrobili ją bardzo szybko. [...] Wtedy wszyscy reagowali. [...] Dziś sami Ukraińcy mówią, że już się trochę znieczulili, jak widzą te sygnały w aplikacji. Niektórzy reagują, a niektórzy nie — powiedział szef MSWiA. (PAP)
ksc/ mark/
Polska, Warszawa




