Były ambasador RP w Kijowie: Rosjanie chcą zachwiać zaufanie Zachodu w to, że Ukraina się utrzyma
Rosjanie chcą zachwiać zaufanie Zachodu w to, że Ukraina się utrzyma – podkreślił w rozmowie z PAP Bartosz Cichocki, który w czasie inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku pozostał na placówce w Kijowie. Ocenił, że rachuby Kremla są błędne.
PAP: Rosja wzywa zagranicznych dyplomatów i cudzoziemców, by opuścili Kijów. W podtekście chodzi o sygnał, że nie są bezpieczni. Jak dalece poważna jest ta groźba?
Bartosz Cichocki, b. ambasador RP w Kijowie: - Takie groźby należy traktować poważnie. Pamiętajmy, że kiedy mamy do czynienia z intensyfikacją nalotów na Kijów, już nie tylko nocą, ale i w ciągu dnia, i to po kilkaset dronów i pocisków rakietowych na dobę, nawet dyplomaci nie są bezpieczni. I myślę, że resorty spraw zagranicznych państw NATO mają tego świadomość.
Co więcej, Putin sugeruje, że Rosja wykorzysta przeciwko Ukrainie jeszcze bardziej śmiercionośną broń. Nie lekceważyłbym tego. Od czasów, w których podśmiewaliśmy się z cotygodniowych rosyjskich gróźb unicestwienia atomowego, wiele się zmieniło — Rosjanie najechali Gruzję, dokonali pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wojna wchodzi w piąty rok, wiemy, że Rosja się nie zatrzyma.
PAP: Rok temu w czasie rosyjskiego nalotu na Kijów ucierpiał budynek wydziału konsularnego polskiej ambasady. Czy coś takiego może się powtórzyć?
B.C.: - Z tego, co pamiętam, we wrześniu 2025 r. na dach wydziału konsularnego spadły odłamki zestrzelonego rosyjskiego shaheda. Przy takiej skali ataków, wszystko może się zdarzyć. Tym bardziej że w Kijowie jest bardzo dużo obiektów dyplomatycznych. Niedawno w wyniku bezpośredniego uderzenia ucierpiała rezydencja ambasadora Arabii Saudyjskiej. Ambasada Turkmenistanu została dwa razy trafiona odłamkami.
Pod koniec września Rosja uderzyła w budynek Narodowej Akademii Nauk Ukrainy przy ul. Wołodymirskiej, o czym było bardzo głośno w światowych mediach. Chciałbym zauważyć, że ambasada RP znajduje się kilka minut piechotą od tego miejsca, zaś ambasada Niemiec - tuż za rogiem. Jakiś ważny dla Rosji cel musi znajdować się w pobliżu siedziby Delegacji UE, bo unijna ambasador (w Ukrainie) Katarina Mathernova raz na jakiś czas zamieszcza w mediach społecznościowych zdjęcia zniszczeń.
Rakiety i drony spadają nie tylko na Kijów. Tymczasem Polska utrzymuje na Ukrainie także Konsulaty Generalne we Lwowie i Łucku. Mamy również „dojeżdżających” konsulów w Odessie i Charkowie. Myślę, że zarówno polski, jak i inne europejskie ministerstwa spraw zagranicznych aktualizują różne scenariusze, w tym te dotyczące ewakuacji części personelu.
Musimy mieć jednak świadomość, że rosyjski apel o ewakuację cudzoziemców i personelu dyplomatycznego to część szerszej kampanii psychologicznej, której celem jest zastraszenie zarówno sojuszników Ukrainy, jak i mieszkańców tego kraju. Z doświadczeń 2022 roku Rosjanie wiedzą, że zachowanie się zagranicznych dyplomatów w obliczu zagrożenia ma wpływ na decyzje mieszkańców Kijowa.
PAP. Fakt, że ambasadorowie państw UE zostają w Kijowie, wzmacnia ukraińskie morale?
B.C.: - Nie tylko. Od tego, co robi korpus dyplomatyczny, zależy też to, czy zostają, czy decydują się na wyjazd. Rosja liczy na to, że w rezultacie intensyfikacji ataków większość Kijowian ucieknie, miasto zostanie opuszczone. Tymczasem po zniszczeniu przemysłu ciężkiego na Wschodzie i zablokowaniu handlu na Morzu Czarnym Kijów generuje sporą część ukraińskich dochodów, np. z podatków. Putin ma nadzieję, że gospodarcze zdławienie miasta jeszcze bardziej osłabi Ukrainę.
Sytuacja i tak nie jest dobra. Prezydent Wołodymyr Zełenski niedawno ostrzegł, że deficyt Ukrainy może np. utrudnić zakup dronów. Rosjanie doskonale wiedzą, że Ukraińcy już teraz mają poważne problemy ze sfinansowaniem wysiłku obronnego i dlatego jeszcze bardziej zwiększają presję. Nie wykluczałbym, że - apelując do dyplomatów i cudzoziemców o to, by opuścili miasto, chcą zachwiać zaufanie społeczności międzynarodowej w to, że Ukraina się utrzyma. Uważam jednak, że to są błędne rachuby…
PAP: Tym bardziej że ambasadorowie państw krajów UE jeden po drugim ogłaszają w mediach społecznościowych, że zostają.
B.C.: - Jak się, nie daj Boże, stanie coś poważnego komuś z personelu dyplomatycznego, dyskusja może się radykalnie zmienić. Pojawią się wtedy pytania, dlaczego centrale ryzykowały? Dlaczego nie ewakuowano części osób? Tak czy owak, ambasadorowie zapewne zostaną.
Uważam, że wszystkie te wstrząsające obrazy płynące w świat z Kijowa przedstawiające skutki ataków na obiekty cywilne, mosty, szkoły czy kliniki, ułatwiają stronie ukraińskiej ponowną konsolidację zachodniego wsparcia. Myślę, że jeśli UE nie uda się ostatecznie wykorzystać do tego celu zamrożonych aktywów rosyjskiego banku centralnego, to sięgnie po jakieś inne instrumenty czy mechanizmy i znajdzie te kilkadziesiąt miliardów euro na pomoc dla walczącego kraju.
Umówmy się, że w skali całej wspólnoty nie są to jakieś duże pieniądze. Europę stać na utrzymanie Ukrainy, tym bardziej że to leży w naszym interesie. Na pewno nie pomaga to, że część z tych środków strona ukraińska, delikatnie mówiąc, wydaje niezgodnie z przeznaczeniem.
PAP: Myśli pan o skandalach korupcyjnych?
B.C.: - Dokładnie, a dotyczyły one nie tylko najbliższego otoczenie prezydenta Zełenskiego, ale i Prokuratora Generalnego (Rusłan Krawczenko złożył na początku września rezygnację w związku z dochodzeniem prowadzonym przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy i Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną - PAP). Niestety, to na pewno osłabia wsparcie międzynarodowe.
PAP: Kijów wytrzyma?
B.C.: - Jakaś część mieszkańców pewnie opuści miasto przed zimą. Ludzie pamiętają, że poprzedniej zimy od ogrzewania i wody, zostały odcięte całe osiedla liczące po kilkaset tysięcy mieszkańców. Ukraińcom nie można odmówić odwagi, ale nie są szaleni. Gdyby koszmar ze stycznia i lutego 2026 powtórzył się, będą szukali schronienia poza stolicą.
Nie sądzę jednak, że Rosji uda się złamać Ukraińców i że w konsekwencji usiądą do rozmów na warunkach Kremla. Doskonale wiedzą, że oddanie Moskwie części terytorium nic nie zmieni, bo Rosjanie nie przyszli po 3-4 obwody…
PAP: Celem jest zwasalizowanie całej Ukrainy?
B.C.: - Otóż to. I jej zniszczenie, spalenie, co widać po tym, co zrobili na zajętym terytorium. Nawet jeśli Rosjanom uda się zniszczyć kijowską kanalizację czy system oczyszczania ścieków, to Ukraińcy będą dalej walczyć, choćby spoza stolicy. W 2022 roku część państwowych struktur decyzyjnych została przeniesiona poza Kijów i państwo działało. Plany na taką ewentualność są gotowe.
PAP: Uważa pan, że państwo ukraińskie pozostaje dobrze przygotowane na intensyfikację ataków?
B.C.: - To zupełnie inne pytanie. Bacznie śledzę ukraińską debatę na temat wojny i jej ton się zmienia. Ostatnio pojawiają się ostre zarzuty – w zależności od sympatii politycznych formułowane albo pod adresem władz miasta, albo rządu - że stolica nie została dobrze przygotowana to tej fazy wojny. Zabezpieczenie mostów czy innych obiektów infrastrukturalnych będących potencjalnym celem to – przepraszam za kolokwializm – nie jest jakieś „rocket science”. Tym bardziej że lista celów Rosji znana jest nie od dziś.
Krytycy zwracają uwagę na fakt, że zarówno ludność cywilna, jak i obiekty krytyczne są lepiej zabezpieczone w Charkowie czy Odessie niż w Kijowie. I to irytuje opinię publiczną. Dodatkowo państwo ma problemy z mobilizacją, postępuje degrengolada systemu politycznego. Z drugiej strony społeczeństwo ukraińskie wie, o co walczy.
To nie jest „normalny” konflikt zbrojny, jak np. wojna między Francją a Prusami w II połowie XIX wieku, której strony, kiedy okazało się, kto wygrywa, usiadły do stołu, podpisały porozumienie i trzymały się jego ustaleń. To nie jest wojna państw należących do tej samej cywilizacji. Wojna Ukrainy z Rosją to starcie cywilizacji z antycywilizacją.
Problem polega na tym, że nawet gdyby Ukraińcy oddali obwody doniecki, chersoński, ługański i zaporoski i wykreślili NATO z konstytucji, to będzie dla Putina za mało. Rosja chce wziąć cały kraj w niewolę. Który z cywilizowanych krajów na to by się zgodził?
PAP: Jakie są możliwe scenariusze na najbliższe kilka miesięcy? Państwo ukraińskie wytrzyma zimę?
B.C.: - Powtarzam, Rosjanie nie złamią Ukrainy, ale na pewno spróbują „zamordować” Kijów. Chodzi im o to, by w stolicy nie dało się żyć. Wiele oczywiście zależy od tego, jaka będzie ta zbliżająca się zima. Czy ciężka, bardzo mroźna? I od tego, jak szybko ukraińska obrona dostosuje się do zmiany sposobu prowadzenia wojny przez Rosjan.
Widzimy już, że rośnie proporcja zestrzeliwanych dronów, także tych odrzutowych. Być może jakiś ukraiński geniusz wymyśli sposób na drony odrzutowe i dojdzie do przełomu. Na razie tego nie widać, a Rosjanie będą coraz intensywniej atakować Kijów.
Niestety, mimo sankcji, tak dobrze ułożyli sobie łańcuch dostaw dla przemysłu zbrojeniowego, że są w stanie skalować produkcję dronów (w tym odrzutowych) i rakiet, kierując po kilkaset pokładów do ataków trwających np. trzy doby z rzędu. Nie bez winy jest Zachód, który zrobił za mało, by przerwać dostawy kluczowych komponentów – np. mikroprocesorów czy optoelektroniki. Wywiady państw NATO, a nawet służby celne są stanie dojść do tego, kto i po co zamawia w którymś z państw zachodnich setki tysięcy tych komponentów i proceder uniemożliwić.
Przewiduję, że Rosja będzie też coraz intensywniej atakować infrastrukturę państw NATO. To już się dzieje. Kreml robi to, o czym Zachód boi się nawet pomyśleć – w ten czy inny sposób Rosjanie uderzają w zakłady zbrojeniowe na terytorium UE, które produkują na potrzeby armii ukraińskiej. Jeśli dowiadują się, że np. pewien zakład w Estonii wytwarza elementy do ukraińskich dronów, wynajmują sabotażystów, którzy podkładają tam ogień. Mieliśmy pożar zakładu WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej, który - według polskiego MSWiA - był aktem sabotażu.
Obawiam się, że takich przypadków będzie więcej. Nie wykluczałbym też aktów terroru czy nawet ataków z powietrza na kraje wschodniej flanki. Rosjanie przełamali już psychologiczną barierę, która ich przed tym powstrzymywała. Stąd uderzenia w przejścia graniczne, w ukraińską kolej, której pociągi jadą do Polski, czego wcześniej nie było. Do tego wysadzanie torów w Polsce itp.
Działań poniżej progu otwartej wojny będzie znacznie więcej. Rosjanie mają zmapowane wszystkie istotne z punktu widzenia zdolności obronnych Ukrainy obiekty w Polsce czy państwach bałtyckich.
Co ciekawe, na froncie Rosja nie odnosi sukcesów, a wręcz przeciwnie. Ukraina przeprowadza udane operacje pod wymyślnymi nazwami jak choćby operacja „Vivaldi” i odzyskuje pomału terytorium. To oczywiście nie odwraca trendu tej wojny, ale im bliżej zimy, tym przynajmniej na lądzie będzie spokojniej. Niestety, Rosjanie będą to sobie rekompensować uderzeniami z powietrza i na morzu. Najgorsze być może jeszcze przed nami, ale na pewno – przed Rosjanami, którzy porwali się na ustalony po upadku sowieckiego bloku porządek międzynarodowy.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ sdd/ mhr/
Polska, Warszawa




